Listy Dziewczyny z Pomarańczami

 

Witajcie po dłuższej przerwie. Wybaczcie moją nieobecność, obiecuję, że dołożę wszelkich starań, aby wpisy na tym blogu ukazywały się odtąd nie rzadziej niż raz na dwa tygodnie. Wiem, że nie każdy z Was zagląda do mediów społecznościowych, które wszak rządzą się swoimi prawami. Dużo ostatnio myślałam o tym, w jakim kierunku chcę dalej podążać, co tworzyć i kim tak naprawdę jestem. Wierzę, że światło Ducha Świętego wyprosił mi Ksiądz Prymas. Już wiem, co dalej i krótko Wam opowiem o mojej wizji. 

 

Prowadzę profil na Instagramie już od pięciu lat. Przez ten czas zmieniły się media społecznościowe i we mnie zaszły różne zmiany. Ostatnie tygodnie były dla mnie czasem bardzo intensywnych przemyśleń, modlitwy i - jak to się mówi - "rozeznawania". Oczywiście będę nadal prowadzić moje profile, bo są moim okienkiem, przez które mogę pomachać do osób, z którymi na żywo nigdy nie miałabym okazji się spotkać. Zrozumiałam jednak, że potrzebuję wprowadzić pewne własne ramy, które pozwolą mi utrzymać w ryzach ten wirtualny świat.

Pomyślałam, w jakim miejscu chciałabym zobaczyć samą siebie za kolejne kilka lat, z czym pragnęłabym być kojarzona. Zrozumiałam, że zależy mi bardziej na stworzeniu przestrzeni wokół książek, wiary, piór, starych listów i pięknej codzienności. Moim marzeniem jest kreowanie miejsca, które przypominałoby bardziej kameralny salon literacki niż konto influencera książkowego. Dlatego zależy mi na tym, by pokazywać treści jak najbardziej zbieżne z moim gustem czytelniczym, raczej opowiadać o książkach niż je recenzować, tkać historie, a nie reklamować. Jeśli ktoś zajrzy do mnie po raz pierwszy niech zobaczy prawdziwą Dziewczynę z Pomarańczami, która wokół ukochanych książek i pisania ręcznego stworzyła swój świat. Dlatego będę dzielić się bardziej moimi zachwytami, wspomnieniami, obserwacjami, małymi historiami, które jednak nie będą przekraczać granicy mojej prywatności, jakiej staram się strzec. 

Chciałabym do tego mojego małego świata zaprosić właśnie Ciebie - abyś wszedł i został na dłużej. Rozmyślał ze mną nad refleksyjnymi słowami, uśmiechnął się nad czymś zabawnym, wypił kawę z bolesławieckiej filiżanki, zajrzał, jak prowadzę codzienne zapiski, zachwycił się tym, co czytam i czym ja na co dzień się zachwycam.
Myślę, że nie chcesz ode mnie kolejnej recenzji - pragniesz poranka, popołudnia lub wieczoru w świecie, który pachnie starym listem, dobrym słowem i cichą obecnością. 

 

Dlatego obok istniejącego już na moich profilach cyklu "wtorek z Prymasem" wprowadziłam nową serię - Listy Dziewczyny z Pomarańczami. Wiele lat temu Ksiądz Prymas napisał List do Dziewcząt Polskich, a dziś ja, czująca się jak Jego duchowa córka, chciałabym pisać takie listy - od serca dla serca. Postaram się, aby choć część treści tych listów przenosić również tutaj, na blog. 

Będę nadal dzielić się z Wami dobrą, wartościową literaturą, którą wybiorę sama z uważnością i trochę według własnego gustu. Nie wszystko musi się Wam podobać, ale wierzę, że przekonam Was choćby do części książek, jakie mnie poruszają i -ufam - jeszcze w życiu poruszą.

Pojawi się więcej moich małych opowieści, tkanych wokół lektur, wiary i codzienności. Chciałabym rozwijać te myśli, łapać je i tworzyć coś w rodzaju esejów, którymi będę częstować na blogu - raz jak mocną kawą, a czasem jak słodkim kawałkiem szarlotki. Mam wielką nadzieję, że choć odrobinę się w nich rozsmakujecie i dacie mi czasami jakąś odpowiedź zwrotną. To bardzo ważne wiedzieć, że nie mówię w próżnię i po drugiej stronie ekranu jest żywy człowiek, który czyta, rozmyśla, zgadza się, a czasem - choćby i nawet - skrytykuje. 


Zapraszam Was zatem do świata Dziewczyny z Pomarańczami, który uchylam dla Was troszeczkę szerzej. Spotkajmy się w nim, a jeśli tylko zechcecie - zostańcie tu na dłużej.

Wasza Dziewczyna z Pomarańczami 





Jasnogórskie Śluby Narodu - wczoraj, dziś i jutro

 

Mija właśnie 70 lat, a wydaje się, że nad jasnogórskim szczytem nadal rozlega się głos całego Narodu: "Królowo Polski, przyrzekamy!" Jasnogórskie Śluby Narodu złożyło na Jasnej Górze 26.08.1956 r. ponad milion Polaków, a po 70 latach pojawia się pytanie: co nam z nich pozostało? Czy jesteśmy wierni złożonym obietnicom? 

Na tę wyjątkową rocznicę Klasztor oo. Paulinów na Jasnej Górze oraz Wydawnictwo im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego SOLI DEO przygotowały książkę pt. "Jasnogórskie Śluby Narodu wczoraj - dziś - jutro" pod red. Beaty Mackiewicz, o. Samuela Pacholskiego, o. Grzegorza Prusa i ks. Dominika Zamiatały. 



Publikacja została podzielona na trzy zasadnicze części - pierwsza z nich przedstawia genezę oraz rys historyczny, dzięki którym dowiadujemy się wielu szczegółów o Jasnogórskich Ślubach Narodu. W książce przeczytamy także relację z pierwszej ręki, czyli tzw. Jednodniówkę autorstwa M. Wantowskiej, stanowiącą opis przygotowań i przebiegu jubileuszowej uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej w 1956 r. Nie są to jednak wyłącznie suche fakty historyczne z tamtych dni. Czytelnik otrzymuje niezwykle barwny i plastyczny opis, z wyjaśnieniem kontekstów i przeróżnych niuansów, znanych wyłącznie nielicznym. Mamy szansę znaleźć się w samym centrum ówczesnych wydarzeń, a także zrozumieć ich znaczenie nie tylko dla Kościoła, ale i całego Narodu. 

Oto bowiem w czasach stalinowskich, gdy zabronione było odbywanie pielgrzymek bez wcześniejszego zezwolenia władz, niezmierzone rzesze ludzi z miast, wsi, miasteczek, a nawet zza polskich granic stawiło się przed tronem Królowej Polski. Na Jasnej Górze nie było jednak najważniejszej osoby w polskim Kościele - Prymasa, który nadal przebywał jako więzień w Komańczy. Przed ołtarzem stał pusty fotel dla Prymasa - najbardziej wymowny znak dla wiernych. Kardynał Wyszyński był jednak obecny duchem, przede wszystkim w ułożonych przez siebie słowach Jasnogórskich Ślubów, które stanowią potwierdzenie i dopełnienie Ślubów złożonych przed 300 laty przez króla Jana Kazimierza. 

Dzięki niniejszej publikacji mamy szansę nie tylko odkryć nieznane karty historii, ale również wsłuchać się w głos tamtych wydarzeń i poczuć ich ducha. Prymas Wyszyński miał pełną świadomość, że to nie może być jednorazowy zryw Narodu. Złożone przyrzeczenia trzeba przecież wypełnić i ponieść w następne pokolenia.


Niezwykle bliska mojemu sercu jest druga część książki, napisana przez Panią Beatę Mackiewicz z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego i opatrzona bardzo trafnym tytułem "Kobiety wypełniają Jasnogórskie Śluby Narodu." Wskazano w niej nie tylko na rolę kobiet podczas przygotowań do złożenia Ślubów Narodu - w tym zwłaszcza Ósemki, czyli przyszłego Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, z Marią Okońską na czele. Kobiety są również dziś szczególnie powołane, aby stać na straży wierności jasnogórskim obietnicom. Jak napisała p. Beata Mackiewicz:
"Zmęczonemu światu, człowiekowi, potrzeba odpoczynku wśród takich wartości jak: czystość, prawda, piękno, dobro, życzliwość (...) Ludzie wszystkich wieków tęsknią za tymi wartościami."

Analizując przyrzeczenia, jakie również kobiety, złożyły w 1956 r., wydaje się oczywiste, że są one niezwykle aktualne również w XXI w. Na Jasnej Górze kobiety po raz pierwszy mogły ponieść obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który został wyjęty z Kaplicy Cudownego Obrazu i wyruszył w pielgrzymkę po wałach. To symboliczne zdarzenie pokazało, że kobiety zawsze niosły innym Boga i jeśli sprzeniewierzą się swojemu zadaniu, Boga w ludzkich sercach nie będzie. Wielką nadzieję pokładał w polskich kobietach Prymas Wyszyński, który mówił: "Społeczeństwu dobrze zorganizowanemu trzeba szczytnego ideału kobiety."

Trzecią część publikacji stanowi rozdział o. Grzegorza Prusa "Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego w duszpasterskim doświadczeniu Jasnej Góry." Wskazano w nim na to, jak wielką rolę pełniło wydarzenie z 1956 r., które stało się zaczynem moralnej odnowy całego Narodu. Jasnogórskie Sanktuarium, choć zawsze wyjątkowe dla polskich katolików, zamieniło się w serce Kościoła, zapatrzonego w dobre oblicze Matki. 

Na zakończenie książki przedstawiono wypowiedzi bł. Prymasa Stefana Wyszyńskiego będące opisem, ale także oceną i komentarzem do Jasnogórskich Ślubów Narodu z perspektywy Prymasa Tysiąclecia. Publikacje wzbogacają również wyjątkowe, niezwykle rzadkie fotografie. 


Książka stanowi nie tylko próbę przedstawienia wydarzeń sprzed 70 lat, ale również ich odczytania w naszym dzisiejszym świecie. Składane na Jasnej Górze przyrzeczenia są wielką duchową potrzebą współczesnego człowieka, tak często zagubionego między tym co dobre i złe, w realnej, ale także wirtualnej rzeczywistości. 
Czy dzisiaj, po 70 latach od złożenia Jasnogórskich Ślubów Narodu, coś nam zostało z tamtych żarliwych obietnic? Czy w pogrążonym w coraz głębszej laicyzacji społeczeństwie jest jeszcze jakaś iskra nadziei na powrót do Boga i wierności Ewangelii?

Przykładem bł. Prymasa Wyszyńskiego możemy pokładać nadzieję w polskich kobietach, które cicho, lecz konsekwentnie wnoszą w życie innych światło wiary. Jak napisała p. Beata Mackiewicz:
"Rodzi się w nas pilne pragnienie formacji wobec współczesnych obaw, lęków, zniechęcenia i narzekania. Trzeba być mocno osadzonym w wartościach, dla których warto żyć i trudzić się."

Gdy media promują "wyzwolone" kobiety, które przeciwstawiają się własnej naturze, powołaniu i odrzucają złożone w ich rękach dary, w cichych kościołach czyjeś kobiece dłonie przesuwają paciorki różańca. Można narzekać, złorzeczyć i wieszczyć klęskę w tej nierównej walce duchowej, ale można również zaufać Tej, która już z niejednego zakrętu wyprowadziła polski Kościół. 


Ogromnie się cieszę, że powstała książka "Jasnogórskie Śluby Narodu wczoraj - dziś - jutro." Polecam ją nie tylko tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej o tym, jak przebiegały wydarzenia tamtych szczególnych chwil, ale również osobom, które upadają na duchu i tracą nadzieję we współczesnym świecie, pełnym niewiary. Lektura tej publikacji buduje, podnosi, odmienia spojrzenie, bowiem, jak napisała p. Beata Mackiewicz:
"Patrzymy na macierzyństwo Maryi po to, aby brać z Niej przykład. Ona nas prowadzi i uczy. Ona nauczy nas wypełniać Śluby z 1956 r. w naszych czasach."


_________________________________________________________________
Tekst powstał w związku z lekturą książki "JASNOGÓRSKIE ŚLUBY NARODU 
WCZORAJ – DZIŚ – JUTRO" pod redakcją Beaty Mackiewicz z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, o. Samuela Pacholskiego OSSPE, o. dr Grzegorza Prusa OSSPE, ks. prof. Dominika Zamiatały CMF, Wydawnictwo SOLI DEO i Klasztor OO. Paulinów Jasna Góra, 2026 
Zamów książkę


Pióro w ręku św. Rity

Czasem nadzieja w naszym życiu jest jak niedosłyszalny szept, zagłuszony przez hałas codzienności, krzątaninę, chaos myśli i rutynę mijających dni. Bywa, że nie mamy już wiary w to, że cokolwiek może się zmienić, że jest dla nas jeszcze jakaś szansa, odrzucamy więc nasz krzyż, który wydaje nam się już nie do uniesienia. Właśnie w tym kryzysowym momencie najpełniej może objawić swoje działanie łaska Boża. Nie nastąpi to może spektakularnie, bo jak czytamy w Piśmie Świętym, Pan nie przybywa w wichurze, lecz w łagodnym powiewie. Tym, co odmieni nasze życie może być każdy drobiazg, dlatego tak ważne jest, abyśmy byli uważni. Bóg może posłużyć się różnymi sposobami, aby wlać otuchę w nasze serce i przypomnieć o tym, że On zawsze jest i czuwa - czasem to przypadkowy przechodzień, a innym razem przeczytana książka. Również święci cicho orędują za nami i mają w tym swoich pomocników. Jestem głęboko przekonana o tym, że św. Rita, patronka spraw trudnych i  beznadziejnych postanowiła mieć tu, na ziemi, własne pióro i uczyniła nim swoją czcicielkę, Jagodę Kwiecień. Ostatni tom "Trylogii Różanej", której patronuje przede wszystkim Święta z Cascii niedawno miał swoją premierę. Najbardziej poruszający, przejmujący, ale przy tym niosący najwięcej nadziei. 


Ostatni tom trylogii skupia się nieco bardziej na postaci trzeciej z przyjaciółek, Wiktorii, z którą - nie ukrywam- od początku tej historii połączyła mnie szczególna nić sympatii. Wyjątkowo kibicowałam tej bohaterce, gdy zatem przeczytałam mrożący krew w żyłach wstęp byłam mocno poruszona. Moje emocje szybko jednak ukoił ciepły ton dalszych stron powieści i wyjątkowy klimat Wrzosowa, jaki misternie stworzyła autorka. 

Wiktoria ma wszystko, o czym młoda kobieta może tylko marzyć - kochającego męża, dom, pracę, która sprawia jej satysfakcję, wierne przyjaciółki, a przy tym dowiaduje się o tym, że nosi pod sercem nowe życie. Nic jednak nie jest takie, jak w marzeniach, a piękna i sielska opowieść wydaje się powoli zamieniać w dramat. Właśnie w tych trudach, codziennych zmaganiach, chwilach zwątpienia, bohaterowie powieści wydają się czytelnikowi najbliżsi. Przecież każdy z nas boryka się z własnymi kłopotami, które jednak nie determinują naszego życia. To, jacy jesteśmy to wypadkowa wielu czynników, ale przede wszystkim sposobu, w jaki umiemy radzić sobie z codziennymi problemami. Bohaterowie z Wrzosowa udowadniają, że walka w pojedynkę jest skazana na niepowodzenie. Tylko wtedy, gdy nawet w największej ciemności poprosimy o pomoc Boga, kiedy pozwolimy Mu siebie na nowo odnaleźć - wtedy właśnie wszystko się zmienia. Problemy nie znikają jednak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nie zniknęły również z życia Wiktorii. Stanęła ona przed ogromnym wyzwaniem i choć przez chwilę myślała, że zmaga się z nim samotnie, to jednak subtelne wsparcie z wysoka było wyczuwalne. 

Na tle wydarzeń z życia Wiktorii autorka pokazała również inne ciekawe wątki - przede wszystkim dalsze losy drogiej mojemu sercu Róży, a także Gabrysi. Wrzosowo po raz kolejny przytuliło mnie do swojego serca, ukołysało, podarowało wzruszenie i wniosło do mojej codzienności cichą melodię nadziei. 


„Daruj nadzieję” to moim zdaniem najbardziej poruszająca część całej trylogii, wnosząca największy ładunek emocjonalny, ale jednocześnie dający wielką otuchę. Myślę, że wiele osób odnajdzie w tej lekturze pomoc, a może i odpowiedź, na pytania, których szuka. Jagoda Kwiecień po raz kolejny była piórem w ręku św. Rity, bo wierzę, że ta cicha patronka oręduje za każdym czytelnikiem. 

Ta książka to piękna historia i dobra powieść, dlatego mogą ją czytać również osoby, którym nie jest po drodze z Panem Bogiem. Nikt jednak, kto weźmie ją w dłonie, nie będzie po jej lekturze już taki sam. Wpływ św. Rity, choć subtelny, jest wyczuwalny i współgra z duchem całego utworu. 


Zakończenie trylogii to czas na podsumowania - będzie mi brakowało Wrzosowa. Ciepłego wiatru nad Zatoką, kawy w Różanym Zakątku, rozmów o literaturze, stukotu maszyny do szycia Wiktorii, a przede wszystkim tej atmosfery wzajemnego wsparcia i bliskości. Nikt, kto wchodzi we wrzosowskie progi nie jest niemile widzianym gościem. Tam wręcz oddycha się uważnością na potrzeby drugiego człowieka i myślę, że jest to ogromna zasługa usposobienia, jakie autorka podarowała Róży. Jej ciepło, empatia i pasja do życia są zaraźliwe i potrafią otulić najbardziej zziębnięte serce.

Jagodzie udało się coś, co jest nie lada wyczynem. Stworzyła trzy powieści, w których pojawiają się wzloty i upadki, codzienne historie, porażki i sukcesy, a jednocześnie cicho, jakby swoim rytmem toczy się płaszczyzna duchowa. To, co często odsuwamy na drugi plan, potrzeby naszych serc, głód Boga, którego wiele razy negujemy, to wszystko odzywa się w każdym z nas, czy tego chcemy czy nie. W „Trylogii Różanej” bohaterowie pozwalają ten rzeczywistości metafizycznej wyjść z cienia, nadają jej głęboki sens i udowadniają, że można żyć w XXI w. zupełnie zwyczajnie za rękę ze świętymi i z Bogiem. I to jak pięknie żyć ! 

———————————————————

Tekst powstał w związku z lekturą książki Jagody Kwiecień, „Daruj nadzieję”, wyd. Esprit, Kraków 2026

Książkę objęłam swoim patronatem medialnym.

Historia zaklęta w stalówce


Przedmioty, których używamy na co dzień nie są tylko zwykłymi narzędziami, jakie mają ułatwiać nam życie. Czasem są nośnikiem emocji, świadkiem historii, uwrażliwiają nas na to, co nieuchwytne i niewyrażalne. Chciałabym dzisiaj opowiedzieć parę słów o moim przyjacielu jeszcze z czasów studiów, Marku Wołyńskim, który w piórach wiecznych zobaczył coś, czego inni nie dostrzegają. Wielka pasja stała się piękną przygodą prowadzącą również po kartach historii, pośród piór vintage, których właściciele nie mogli nawet marzyć o elektronice. Marek, który potrafi jak nikt inny opowiadać o zakazanych złotych stalówkach podczas wojny, unikatowych egzemplarzach piór czy po prostu o tym, jak szlachetnie jest napisać odręczny list, zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań.

A: Skąd się wzięły pióra wieczne w Twoim życiu?

M: Pióra w moim życiu pojawiły się na przełomie 1999 i 2000 roku, kiedy dostałem w prezencie od mojego ojca pióro Parker Vector, była to wersja specjalna Millenium Pen wydana właśnie na jubileuszowy 2000 r. Zacząłem nim  pisać i stało się nieodłącznym towarzyszem mojej codzienności.

 
Przez cały czas mojej edukacji, aż do końca liceum i na studiach pisałem piórem wiecznym, zawsze był to model Parker Vector. Kiedy rozpocząłem pracę, zapragnąłem trzymać się tego pięknego zwyczaju i sporządzać notatki odręcznie, ale z racji tego, że miałem w domu tylko pióra z czasów szkolnych postanowiłem kupić nowe pióro. Tak trafiłem do sklepu przy ul. Wrocławskiej w Poznaniu i poznałem p. Mieczysława, który był prawdziwym znawcą i pasjonatem piór. Tam po raz pierwszy zobaczyłem wspaniałą kolekcję piór marki Pelikan, o której właściciel sklepu opowiadał z wielką fascynacją, jaka i mnie się udzieliła.
 
Pierwsze pióro marki Pelikan kupiłem z kolei w sklepie przy ul. Gołębiej w Poznaniu, gdzie poznałem kolejnego pasjonata, do którego z ogromną przyjemnością zacząłem częściej zaglądać. Tak zaczęła tworzyć się moja prywatna kolekcja.

A: Rozumiem, że Pelikan to Twoja ulubiona marka piór wiecznych?

M.: Tak, choć moja druga ulubiona marka oprócz Pelikana to Mabie, Todd & Co. i właśnie tej marki jest najstarsze pióro w mojej kolekcji - Mabie, Todd & Bard Swan Pen - sztandarowy model tej marki, które pochodzi z początku XX w., ok. 1903 r. To pięknie ozdobione pióro typu eyedropper z motywem ślimakowym, a wtedy, czyli na progu XX w., pióra były nie tylko praktycznym instrumentem piśmienniczym, ale również miały świadczyć o statusie właściciela. Wielu osobom zależało, aby posiadać pióro, które będzie je wyróżniać, będzie estetyczne i bogato zdobione.

A.: A jak to się stało, że zainteresowały Cię pióra vintage? Skąd wzięła się Twoja pasja do nich?

M.: Gdy trzyma się w dłoni pióro vintage, niemal namacalnie czuje się ten oddech historii. Można się zastanawiać, kto przed nami nim pisał, gdzie go używał. Dzięki tym piórom można prześledzić nie tylko historię Europy, ale i świata. Fascynujące jest to, jak pióra zmieniały się na przestrzeni kolejnych lat, będąc świadkiem przełomowych wydarzeń. Na przykład w okresie II wojny światowej pióra marki Pelikan nie mogły mieć złotych stalówek, ponieważ całe złoto zostało zarekwirowane na cele gospodarki wojennej. Nie jest zatem przesadą, gdy mówimy, że pióra vintage to przedmioty "z duszą", one w pewnym sensie "żyją" historią swoich właścicieli i czasów, które je ukształtowały. Nie są tylko i wyłącznie do podziwiania, ponieważ mimo upływu lat one wciąż wiernie służą i sam piszę nimi również na co dzień.


A.: Jakie są najciekawsze egzemplarze piór wiecznych w Twojej kolekcji?

M.: Bardzo lubię mieć tę świadomość, że mam w swojej kolekcji po jednym egzemplarzu każdego najbardziej istotnego modelu w historii marki Pelikan. Przede wszystkim to kultowe Pelikan 100 - pierwsze pióro, które Pelikan wypuścił na rynek pod koniec lat 20. XX w. Mam właśnie to pióro z jednych z pierwszych lat produkcji. również Pelikana 100 z okresu II wojny światowej, które pokazuje realia gospodarki wojennej, o których już wspominałem. Mam również kolejne, ulepszane wersje z następnych lat, a także ich następców: Pelikan 100N, kultowego Pelikana 140, czy też Pelikana 400 z lat 50., który potem od lat 80. XX w. z niewielkimi zmianami aż do dziś produkowany jest jako model M400. To niezwykłe, że patrząc na różne egzemplarze tego jednego modelu produkowanego na przestrzeni ponad już 70 lat, widzimy, że bardzo w niewielkim zakresie się zmienił. To pewnego rodzaju testament do ponadczasowości piór marki Pelikana, ponieważ te modele na przestrzeni lat właściwie nie wymagały zmian. Są od lat kultowe i cechuje je design powszechnie uznawany za doskonały, przykład niemieckiego modernizmu, który silnie czerpał z założeń szkoły Bauhaus, która oznacza dostępność, wytrzymałość i utylitarność.


A.: Czy zdarza Ci się również podróżować śladami piór wiecznych? Co udało Ci się zobaczyć, a o czym jeszcze marzysz?

M.: Tak, miałem tę przyjemność być w Hanowerze, w historycznym Pelikanviertel, gdzie mieści się stara, historyczna fabryka piór marki Pelikan. Dziś znajduje się tam Pelikan TintenTurm z przestrzenią muzealną i sklepem firmowym. Było to spełnienie moich marzeń - być w tym miejscu, w którym rodziły się te wszystkie pierwsze pióra. Chciałbym odwiedzić jeszcze kiedyś Montblanc Haus w Hamburgu, czyli centrum wystawiennicze i muzealne innej, skądinąd wspaniałej marki niemieckiej, z długimi tradycjami, która dziś produkuje już nie tylko pióra wieczne, ale również wiele produktów luksusowych jak zegarki czy galanterię skórzaną.

A.: Czy mając tak imponującą kolekcję coś jeszcze jest w stanie Cię zaskoczyć, zachwycić? Czy kupujesz jeszcze jakieś nowości?

M.: Oczywiście, nie zamykam się tylko na pióra vintage. Wśród nowości szukam jednak modeli, które mnie zaciekawią np. cała kolekcja Pelikan M600 Art Collection. Wyszły już do tej pory dwa modele z tej kolekcji, a planowane jest jeszcze jedno. To pióra inspirowane starymi plakatami reklamowymi marki Pelikan, dzięki czemu łączą one nowoczesność z historią.

A. Czy myślałeś kiedyś o tym, aby zajmować się piórami wiecznymi zawodowo?

M.: Pióra to moja pasja, ale oczywiście one również mogą być sposobem na życie. Są osoby, które wykonują fascynującą pracę i przywracają pióra do życia, naprawiają je, dokonują renowacji. Podziwiam mojego kolegę Stanisława, który wspaniale prowadzi salon piór przy ul. Gołębiej w Poznaniu, czyniąc to z ogromną pasją i zaraża nią kolejnych użytkowników. Może kiedyś i mnie byłoby dane połączyć pasję do piór wiecznych z życiem zawodowym.

A.: Dlaczego pióro? Jak zachęciłbyś osoby, które nigdy nie pisały bądź nie piszą na co dzień odręcznie, aby sięgnęły właśnie po pióro wieczne?

M.: Pióro to nie tylko dobry prezent, wspaniały rekwizyt, ale przede wszystkim to przedmiot, który może być towarzyszem codzienności. Notatki czy listy zapisane odręcznie przy pomocy pióra wiecznego mają swój niepowtarzalny charakter i klimat. Ta pasja jest zaraźliwa i warto ją przekazywać również najmłodszym.




 

Dzieje pewnej pięknej duszy - pierwsze spotkanie z Tereską

 To ważne, co dzieje się w duszy, a tak trudno nieraz to wyrazić. Wtedy z pomocą przychodzą kartka i pióro. Zapiski pełnią wiele ról, między innymi uchylają nieco zasłonę tajemnicy i pozwalają naprawdę zajrzeć do czyjegoś serca. Właśnie dzięki nim znane są przemyślenia i codzienność ludzi, których nie ma już na ziemi, choć nadal przynoszą nam wielką inspirację. 

Taką osobą jest św. Tereska od Dzieciątka Jezus, chociaż ona wcale nie chciała pisać. W zbiorze swoich wspomnień zatytułowanych „Dzieje duszy” wielokrotnie podkreśla, że pisze na prośbę matki Agnieszki (przy tym rodzonej siostry Tereski). Sama siebie karci za zły styl, wtrącenia, rozwlekłość. Zapiski zaczyna od słów:
"Zanim wzięłam pióro do ręki, uklękłam przed statuą Maryi, przed tą samą, od której rodzina moja tyle doznała dowodów macierzyńskiej opieki, błagałam Królowę Niebios, by sama raczyła prowadzić moje pióro, abym nie skreśliła ani jednego słowa, któreby się Jej nie podobało."

Tereska zauważa też, że tak naprawdę  większości myśli i uczuć nie da się wyrazić w zwykłych słowach:
"Tyle już stron zapisałam, a zdaje mi się, jakobym dotąd nic nie powiedziała. Tyle przeróżnych przestrzeni widzę przed sobą, takie nieskończone bogactwo odcieni i kolorów, że bodaj w niebie, gdy już przeminą mroki ziemskie, znajdę na swej palecie farby, zdolne odtworzyć cuda, które już Pan teraz odkrywa oczom mojej duszy."


Być może nigdy nie sięgnęłabym do zapisków Tereski, gdyby nie jej własna interwencja. Nie było to wcale subtelne zaproszenie, wręcz przeciwnie - mogę powiedzieć, że Tereska szturmem wdarła się do mojego życia. Najpierw wprowadziła się do naszego domu, kiedy mój mąż niby to przypadkiem trafił na giełdzie antyków na jej piękny, stary obraz. Gdy już rozgościła się nad stołem w salonie, w moje ręce wpadło unikatowe, przedwojenne wydanie „Dziejów duszy.” Czekało cierpliwie na to, aż przyjdzie nasz czas i on właśnie nadszedł. Wczesną jesienią, pośród całej palety barw, wśród których królują odcienie karmelu. 
Gdy przeczytałam kilka wierszy Tereski, zachwyciłam się nimi i zapragnęłam ją poznać. Tak narodził się pomysł na karmelową jesień. 

„Dzieje duszy” zdumiały mnie przede wszystkim prostotą i bezpośredniością przekazu. Wiele razy odnajdywałam podobieństwa do „Dzienniczka” św. Faustyny, chociaż obie święte miały zgoła odmienne usposobienia. 
Nie da się o tej perełce literatury duchowej napisać wszystkiego od razu. Mam wielką nadzieję, że będzie dane mi wielokrotnie wracać do tych prostych w swej formie, a jakże głębokich treści zapisków, rozmyślając nad poszczególnymi fragmentami. 
Dziś pozwolę sobie dodać od siebie tylko kilka ogólnych uwag i największych poruszeń serca, mając nadzieję, że ten płomyk spotkania rozpali się wkrótce w prawdziwy ogień przyjaźni. 

Przez większość zapisków mamy okazję towarzyszyć Teresce w jej przeżyciach od wczesnego dzieciństwa, opisywanych dość chronologicznie. 
Czymś, co determinuje całe życie i postawę Tereski jest jej relacja z rodzicami, zwłaszcza te pierwsze lata życia aż do przedwczesnej śmierci mamy. Chciałabym poświęcić kiedyś  temu zagadnieniu oddzielne rozważania, zwłaszcza, że czeka już na mnie kilka książek na ten temat, w tym wspomnienia siostry Tereski - Pauliny o ich mamie oraz tacie, a także biografia Zelii i Ludwika Martin. Muszę jednak zauważyć, że odnajduję analogię do życia wielu znanych świętych, jak choćby współcześni nam Jan Paweł II czy bł. Kardynał Wyszyński. Podobnie jak Tereska są prowadzeni przez swe matki zaledwie przez kilka lat, następnie powierzeni zostali czułej opiece Matki Bożej. Zaledwie parę wiosen i zim, pierwsze pacierze, zbyt krótkie uściski, pozostawiające ślad na całe życie niczym pieczęć na zawsze odciśnięta na dnie duszy. Przedwcześnie przerwana szkoła miłości, z której prędko przychodzi zdawać egzamin i Tereska otrzymuje najwyższą notę. Jaką duszą musiała być Zelia Martin, jeśli mając tak niewiele czasu zdołała tak trafnie ukierunkować swoją małą Tereskę!


Pierwsze i jakże mocne poruszenie mojego serca sprawiło porównanie dusz do kwiatów. Tereska pisze:
"Zrozumiałam, że gdyby wszystkie kwiatki chciały być różą, natura straciłaby swą ozdobę wiosenną, pola nie byłyby pokryte kwiatkami. Tak samo dzieje się w dziedzinie dusz, w tym żywym ogrodzie Pańskim. Podobało się Bogu stworzyć wielkich Świętych, których można porównać z lilją i różą; stworzył też mniejszych, a tym ma wystarczać to, że jako stokrotki lub skromne fiołki przeznaczeni są na rozweselenie Jego Boskiego spojrzenia. Im szczęśliwsze czują się kwiaty, że pełnią wolę Pana, tym są doskonalsze!"

Tak bliskie mi to słowa, bo sama czuję się tak często malutką roślinką, ledwie wychylającą się ponad ziemię. Tereska dodaje otuchy i uświadamia, że choć świętość jest powołaniem każdej i każdego z nas, to mogą do niej prowadzić różne drogi. Dlatego też porównywanie się, zmora dzisiejszych czasów, wielka bolączka podsycana przez media społecznościowe, jest zupełnie bezprzedmiotowa. Każdy z nas ma bowiem inne zadanie do wypełnienia, jednakowo ważne, mimo, że czasem tak różne.

Umiłowanie małości - jakie to niezrozumiałe w świecie, który ceni tylko wielkość. W świecie pogardzającym tym, co nieznaczące, depczącym uniżonych i zapominającym o nienarzucających się. Taka właśnie jest droga wydeptana przez Tereskę, w którą pragnie zabrać każdego z nas - mała. 
"Dusze proste nie potrzebują skomplikowanych środków, a ponieważ ja jestem taką prostą duszyczką, Pan Jezus sam natchnieniem swoim nauczył mnie bardzo prostego sposobu wypełniania moich zobowiązań."

"Nie mogę być inną, a więc muszę się znosić taką, jaką jestem, ze wszystkimi swymi niedoskonałościami, ale równocześnie szukać sposobu dostania się do nieba drogą prostą i krótką, jeszcze niewytkniętą. Żyjemy w wieku wynalazków, ludzie bogaci nie trudzą się już chodzeniem po schodach, ale mają w domach i hotelach wygodne windy, tak zwane lifty. Otóż i ja chciałabym wynaleźć dla siebie taki lift, czyli dźwignię niebieską, któraby mnie unosiła aż do samego Pana Jezusa, ponieważ zbyt jestem mała, aby dojść po stromych schodach doskonałości chrześcijańskiej. (...) Liftem, który ma podnieść mnie aż do samego nieba są Twoje ramiona, o mój Jezu. A do tego nie potrzeba mi wzrastać, przeciwnie, muszę pozostać małą, jak najmniejszą."

Czytając "Dzieje duszy", rękopisy autobiograficzne, listy, a nade wszystko "Żółty zeszyt" widzimy jasno, że Tereska wcale nie była małą duszą, lecz duchową gigantką, złączoną ściśle ze Zbawicielem i żyjącą w rytm bicia Jego Serca. Mimo to obserwując jej drogę wydaje się, że przeszła ją rzeczywiście małymi krokami, torując ją dla wszystkich małych dusz świata. Jak najszlachetniejszy kwiat uchylała się od promieni słońca i wzbraniała od kropli wody, by pomagać wzrosnąć drobnym stokrotkom. Wędrowała wytrwale po swojej małej drodze śladami Chrystusa i zaprasza na nią każdego, kto dziś nie wie, dokąd iść. Chciałabym pochylić się nad każdym jej krokiem, by zrozumieć, jak stawiać go pewnie i bez błądzenia.  


Jeszcze jedno poruszenie mojego serca to apologia miłości, jakiej doświadczamy z każdym kolejnym zdaniem Tereski. Właśnie miłość odczytuje ona jako swoje prawdziwe powołanie, któremu pragnie być wierna aż do ostatniego tchnienia. Miłość, która dopełnia się na krzyżu. 
Tak często wydaje się nam, że kochamy, choć nic nie wiemy o miłości. Jeśli mówimy, że nikt nie nauczył nas kochać to znaczy, że w naszym życiu nie pojawił się jeszcze żywy i prawdziwy Jezus, który umarł z miłości do każdego z nas. Tereska wydaje się wypowiadać słowa, jakie wiele lat później zapisze natchniony, młody seminarzysta z Wadowic, publikując je na łamach "Głosu Karmelu":
"Miłość mi wszystko wyjaśniła,
miłość wszystko rozwiązała –
dlatego uwielbiam tę Miłość,
gdziekolwiek by przebywała."

Teresko, ile dziś na świecie małych dusz. Bądź naszą przewodniczką na drodze prowadzącej do celu. Ucz nas miłości z powołania, miłości z krzyża. Niech dzieje naszych dusz będą pełne treści, których nie da się wyrazić słowami. 

"Są rzeczy, które w zetknięciu się z powietrzem tracą woń swoją; bywają myśli tajemne, nie dające określić się mową, bo wtedy zaraz tracą swe głębokie niebiańskie znaczenie."

CDN.


Więzi, które oplatają świat - matka i dziecko oczami Gertrud von le Fort

 

Nie ma na świecie więzi tak silnej, jak ta między matką a dzieckiem. To, co rodzi się w sferze duchowej w momencie, gdy ich ciała są ze sobą połączone, trwa na zawsze, choćby nawet matka wyparła się niemowlęcia. To potężna siła, będąca tchnieniem starotestamentalnej Ewy i znamieniem ofiary Maryi, jakich panicznie boi się ten, który sprzeciwił się Bogu. Dlatego przeciw macierzyństwu wytacza się od lat najcięższe działa, bo całe piekło chce, by kobiece ramiona były puste. Stąd też tak ogromne znaczenie ma odkłamanie tego, co wmawia się kobietom. Z tego powodu bardzo się cieszę, że za natchnieniem Ducha Świętego Ania Maternowska - Frasunkiewicz tłumaczy dla polskich czytelników utwory niemieckiej pisarki katolickiej Gertrud von le Fort. Ukazano w nich bowiem macierzyństwo w pełnym świetle, w mistrzowski literacko sposób opisując to, co niewyrażalne i uświadamiając kobietom, jak wielką oręż Stwórca daje im w dłonie. 

Pochyliłam się właśnie nad dwoma opowiadaniami Gertrud von le Fort, które zostały wydane staraniem wyd. Ancilla pod tytułem „Zgaszone świece.” Skąd taki tytuł? Żadne z opowiadań nie zdradza tego wyboru. Może to uosobienie dzisiejszych kobiet, które zamiast płonąć wiecznym płomieniem, domowym ogniskiem i światłem dla przyszłych pokoleń, jawią się dziś już tylko jako zgaszone świece. Zamiast siły ognia - trochę dymu, kurz i popiół. Tak palą się nadzieje niepodsycone wiarą.



Tom „Zgaszone świece” to nie jest moje pierwsze spotkanie z piórem Gertrud von Le Fort. Po wydanych wcześniej dziełach takich jak „Ostatnia na szafocie” czy „Żona Piłata” wydawałoby się, że już wiadomo, czego się można po autorce spodziewać. Za każdym razem pojawia się jednak ten element zaskoczenia i mimo krótkiej formy wypowiedzi każde z opowiadań wyraża całą paletę emocji, ale także trzyma czytelnika w napięciu. 

W zbiorze „Zgaszone świece” można znaleźć dwa opowiadania Gertrud von le Fort” - „Anna Elżbieta” oraz „Niewinni.”

Pierwsze z nich ukazało się w Polsce ze zmienionym tytułem. Na ten zabieg zdecydowała się tłumaczka, argumentując swoją decyzję we wstępie - oryginalny tytuł „Wyklęta” jest zanadto oceniający, wydający wyrok i skupiający uwagę czytelnika nie na samej postaci, ale na rzekomej naganności jej czynu.
Nie do końca zgadzam się z tą interpretacją. Po lekturze opowiadania zaczynam rozumieć, że oryginalny tytuł niesie w sobie ogromny ładunek emocji i oskarżeń, a treść jest swoistym usprawiedliwieniem. Każde kolejne zdanie ma charakter ekspiacyjny, zmieniając postać wyklętej w kobietę, która bierze na siebie ciężar przeciwstawienia się złu, a tym samym odmiany losu kolejnych pokoleń. 


Kim jest Anna Elżbieta? Przede wszystkim tą, którą osądzono jako zdrajczynię narodową. Kobietą, którą pozbawiono nawet rodowego portretu, wymazano jej imię. Jej decyzja, by okazać miłosierdzie wrogowi przerywa łańcuch zemsty, ucina spiralę odwetu i początkuje erę litości i wybawienia od nienawiści. Ważne jest jednak to, że Anna Elżbieta nie czyni tego z własnej woli - to dziecko, które nosi w swoim łonie staje się dla niej impulsem do takiej decyzji. Nienarodzone maleństwo to zatem prawdziwy spiritus movens - ten duch sprawczy, poruszający nie tylko machiną wszechświata, ale nade wszystko ludzkimi sercami. Anna Elżbieta dokładnie w ten sposób wyjaśnia swoje nieracjonalne postępowanie: „Ty pierwszy nazwałeś mnie matką”.
Gertrud von le Fort w ten symboliczny, a jakże ujmujący sposób ukazuje sprawczą siłę macierzyństwa, która kształtuje kobietę, buduje ją niczym Bóg z prochu ziemi, stwarza w niej to, co w niej najcenniejsze i wyzwala uśpione, dotąd nieodkryte pokłady czułości. 
Czy każda z nas nie bywa czasem Anną Elżbietą? Czy nie wybieramy życia, gdy inni są zwolennikami cywilizacji śmierci? Czy nasze dzieci nie uczą nas delikatności dla odrzuconych, litości dla cierpiących i duchowo nie unoszą wzwyż? Wreszcie - czy nie wybieramy utraty komfortu, nie rezygnujemy z egoizmu, nie musimy się nieco przesunąć, aby zrobić miejsce dla tych najsłabszych? 
Anno Elżbieto, ile poświęcasz dla obrony własnych przekonań? 


Drugie z opowiadań pt. „Niewinni” kompozycyjnie łączy się z pierwszym. Tym razem jednak świat ukazany został z perspektywy dziecka. Jego jasne, czytelne zasady, proste prawdy i bezkompromisowość może zdumiewać. Mały Heini intuicyjnie odróżnia dobro od zła i wszelkimi sposobami pragnie uchronić ukochaną matkę przed małżeństwem z bezwzględnym człowiekiem. Traci przy tym życie, lecz nie jest to dla niego cena zbyt wysoka za urzeczywistnienie zamiaru, który wydaje mu się najbardziej słuszny. Niewinne dziecko staje się dla czytelnika wzorem wierności, czystości i prawdy, ucząc dorosłych sztuki wyboru, którego nie trzeba się wstydzić. 
Powtarza się to od wieków - już od czasów Betlejem, do których nawiązuje autorka. Nie od dziś krew niewinnych staje się ziarnem zbawienia grzeszników. 
„I tak wzbija się ta straszliwa pożoga ku niebu, we dnie i w nocy, jak długo Pan Bóg pozwoli, aż do końca czasów. 
Bo nic, co się wydarzyło, nie może się już nie wydarzyć i wszystko, co się raz zaczęło, nie ustaje, lecz działa dalej - skrycie lub jawnie - i przestaje działać dopiero przed Sądem Bożym w dniu ostatecznym…”

Dlaczego dziecko widzi więcej? Nie jest jeszcze skalane egoizmem, nie szuka tanich usprawiedliwień, nie tworzy alternatywnych scenariuszy. Widzi rzeczywistość taką, jaką ona jest naprawdę i reaguje w sposób najbardziej szczery, bez półśrodków. Tylko cząstka dziecka, jaka zostaje w nas samych może uratować nas przed zalewem ignorancji, kultem własnego interesu i brakiem autentyczności. Jeśli pozwolimy poprowadzić się temu, co pierwsze, niewinne i słuszne, z naszego życia opadną maski, pod którymi kryje się prawda. Tylko ona może nas wyzwolić.


Opowiadania Gertrud von le Fort, choć krótkie w swej treści, są skarbnicą głębi. O każdym z nich można by z powodzeniem napisać niejeden traktat filozoficzny i duchowy. Najbardziej doceniam w twórczości von le Fort to, jak precyzyjnie potrafi z meandrów codzienności wyodrębnić uniwersalne wzorce, które niczym archetypy przeplatają się w historii ludzkości od lat. Niepozorne zdarzenie bywa u autorki impulsem do rozważania czegoś znacznie głębszego. 

Gertrud von le Fort uświadamia czytelnikowi, że od początku dziejów losy matki i dziecka są miarą człowieczeństwa. Więź rodząca się w łonie brzemiennej oplata świat i czy tego chcemy, czy nie, właśnie na niej budujemy bądź przez jej brak - unicestwiamy. Nie można przy tym nie odwołać się do Tej, której Fiat stało się początkiem historii zbawienia. Kobieta - matka, która współpracuje z Łaską nie może pozwolić na to, by śmierć zwyciężyła. Ona, niosąca życie, daje światło tam, gdzie panuje ciemność i ciepło pośród największego chłodu. Także dziś, w czasach, gdy zewsząd otacza nas cywilizacja śmierci - to kobieta powinna być znakiem sprzeciwu wobec tego, co niesie zagładę. 

Opowiadania Gertrud von le Fort budzą sumienia, otwierają drzwi, pomagają spojrzeć szerzej. Autorka - nawrócona katoliczka jest dla mnie przykładem osoby, która naprawdę w swoim życiu spotkała Jezusa Chrystusa i wszystko nabrało dla niej nagle właściwego sensu. 
Jestem szczególnie wdzięczna za to, że polski czytelnik może wziąć do ręki te teksty przetłumaczone na nasz język ojczysty i zdumiewać się, odkrywać, rozumieć -dziś może bardziej niż kiedykolwiek?

"Bo macierzyństwo jest początkiem wszystkiego, a jakże przerażająca jest historia świata, która wciąż na nowo je zdradza."

____________________________________________________
Gertrud von le Fort "Zgaszone świece", wyd. Ancilla, Poznań 2025
"Zgaszone świece"


„Triumf serca” - film o św. Maksymilianie Kolbe

 Już 12 września 2025 r., do kin w całej Polsce wchodzi film "Triumf serca" - to nieopowiedziana dotąd historia ostatnich dni życia św. Maksymiliana Marii Kolbego, jakie spędził w celi głodowej. Film ten dzięki uprzejmości Rafael Film, który odpowiada za dystrybucję w Polsce, mogłam zobaczyć jeszcze przed premierą. Obejrzałam go i muszę przyznać, że jest to jeden z najbardziej poruszających filmów, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Taki, który zostaje w głowie i w sercu na bardzo długo, skłania do głębokich przemyśleń i jest tylko pretekstem do czegoś znacznie większego... 


Film "Triumf serca" rozpoczyna się od chwili, w której św. Maksymilian Kolbe dobrowolnie zgłasza się do odbycia kary w bunkrze głodowym za innego więźnia, Franciszka Gajowniczka, męża i ojca rodziny. W momencie, gdy paradoksalnie wszystko się kończy - tym razem wszystko się zaczyna. Początkowa beznadzieja i rozpacz współwięźniów dzięki niebywałej sile ducha ojca Maksymiliana przekształca się w nadzieję. Śmierć staje się prawdziwym misterium, godnym przejściem do wieczności i triumfem ludzi prawdziwie wolnych, choć uwięzionych przez drugiego człowieka. Nawet w sytuacji, jak wydawałoby się po ludzku - bez wyjścia, toczy się walka o coś zupełnie innego - o życie wieczne, o dusze, o wiarę. Z walki tej, mimo chwil załamania, wszyscy współwięźniowie wychodzą zwycięsko właśnie dzięki cichej obecności i prowadzeniu ojca Maksymiliana. Mamy do czynienia z mistrzowsko naszkicowaną wizją zmagań duchowych, z jakimi każdy z nas w każdym czasie musi się mierzyć. Albowiem ponad naszymi ziemskimi wydarzeniami dzieją się te skryte przed ludzkim wzrokiem i ważą się losy naszej wieczności, o której tak często zapominamy, skupieni na doczesności. 

Jedna z najpiękniejszych scen z całej produkcji to ta, będąca obrazowym przedstawieniem nieba. Oto ojciec Maksymilian prowadzony przez samą Maryję udaje się do chaty, w której wesoło migocą światła i pali się ogień. Wewnątrz spotyka swoich braci z więziennej celi, radośnie tańczących i bawiących się. Tak spełniają się słowa z Księgi Psalmów: "Zamieniłeś w taniec mój żałobny lament, wór zdjąłeś ze mnie, obdarzyłeś radością, aby wciąż moje serce Tobie psalm śpiewało. Boże mój i Panie, będę Cię sławił na wieki."


Trzeba przyznać, że film jest bardzo realistyczny i nie pozbawiony mocnych scen (jak choćby moment, w którym więźniowie dzielą się złapanym szczurem czy rzucają się, by łapczywie spijać padający deszcz). Wszystko to jednak wzmaga dramaturgię i podkreśla to, o co tak naprawdę toczy się stawka - o nasze człowieczeństwo i godność dzieci Bożych. Ojciec Maksymilian wielokrotnie tonuje nastroje, uspokaja, dodaje otuchy, a w konsekwencji ratuje niejedną duszę zagubioną wśród lęku i beznadziei. 

Sam jednak, jak pokazują retrospekcje, nie jest człowiekiem bez skazy. Uświadamia sobie własne błędy i grzechy, jednak widać w nim niezwykłą pokorę, bezgraniczne zawierzenie Bogu i Niepokalanej. Właśnie w tym tkwi jego duchowa siła. Sam z siebie nigdy nie byłby w stanie unieść nie tylko własnej sytuacji, ale również losów współwięźniów, którzy widzieli w nim ostatnie światełko nadziei. Szczególną uwagę warto zwrócić na znamienną duchową walkę między ojcem Maksymilianem a niemieckim oficerem. Choć pozornie to nierówni zawodnicy. bo to Niemiec więzi zakonnika i od niego zależą jego losy, to tak naprawdę nie on odnosi zwycięstwo w tej wojnie. Niemiec uosabia zło i ciemność, a św. Maksymilian niebo i światłość. 

Film "Triumf serca" jest wielowymiarowy. Choć opowiada jedną historię to ma tak naprawdę charakter niezwykle symboliczny. Zwycięzcy są w istocie przegranymi, a ci, którzy ponoszą śmierć - żyją wiecznie. Ta typowa dla Boga logika jest zupełnie obca ludziom, dlatego czasem trudno nam ją przyjąć i zrozumieć. Jedynie przykłady świętych takie jak św. Maksymilian pozwalają nam uwierzyć w to, że "tylko miłość jest twórcza."

Poruszające dialogi, ujmujące zdjęcia, mistrzowska gra aktorska, a przede wszystkim historia, która choć wydarzyła się już 80 lat temu, a bywa nadal aktualna - to właśnie jest wielkim atutem filmu "Triumf serca." Jednak prawdziwą siłą tej produkcji jest to, co można wyczytać między wierszami, poczuć pośród mijających scen, zrozumieć dopiero. gdy pojawią się napisy końcowe. To prawda o nas samych, o wierności Bogu i Jego przykazaniu miłości ujęta w przepiękne filmowe ramy, najmocniej porusza serca widzów. I jestem pewna, że Wasze również poruszy, dlatego z ogromnym przekonaniem polecam Wam, aby udać się do kin i pozwolić sobie na jeden wieczór wzruszenia, a może nawet łez, który z pewnością zamieni się w niejedną głębszą refleksję. 


W świetle obrazów z "Triumfu serca" czytam również bieg ostatnich niespokojnych dni. Przypominam sobie słowa św. Maksymiliana Kolbe: "Przede wszystkim unikaj smutku i zmartwień, bo nie ma racji do smutku. Czyż Opatrzność Boża nie kieruje światem? Czy może się wydarzyć cokolwiek, o czym by Pan Bóg nie wiedział i nie dopuścił? Jeżeli zaś On to dopuszcza, to bez wątpienia dla dobra naszego." 

Jak wielki jest kontrast między głodowym bunkrem a salą weselną, a tak naprawdę dzieli je tylko jeden krok. Ten, o którym decydujemy sami - czy i w którą stronę go zrobimy. Czy będzie to wielki triumf serca - tej miłości, jaka zwycięży w nas mocą łaski Bożej - czy wielka porażka płonnych nadziei złożonych w ulotnej doczesności? Obyśmy zawsze dokonywali dobrych wyborów - jak św. Maksymilian Kolbe, który uwierzył miłości i nie doznał zawodu.

_________________________________________________________
"Triumf serca", reż. Anthony D'Ambrosio, produkcja USA, Polska, dystrybucja polska: Rafael Film,

listę kin, w których grany będzie film znajdziesz tutaj: Rafael Film